Aktualności - Jagielloński Uniwersytet Trzeciego Wieku

Pomiń baner

Z Henrykiem Gostomskim – studentem Orientalistyki Jagiellońskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, rozmawia Magdalena Karlikowska-Pąsiek

Od mojego pokolenia młodzi mogą uczyć się determinacji, odporności, wytrwałości w osiąganiu nie zawsze łatwych i dostępnych celów. Ja natomiast chętnie nauczyłbym się od nich tego balansu między życiem i pracą, szanowania własnego czasu. Moim zdaniem młodzi są otwarci na zmiany, potrafią zachować balans między wysiłkiem a odpoczynkiem.

1. Panie Henryku, Pańska droga do JUTW nie przypomina chyba prostej trasy z punktu A do punktu B. Jest w niej lotnictwo, orientalistyka, teatr, literatura, a po drodze także scena Teatru im. J. Słowackiego. Jak człowiek, który ma doświadczenie zawodowe związane z lotnictwem, ląduje najpierw na uniwersytecie i na scenie? Czy widzi Pan w tej drodze plan, czy serię szczęśliwych przypadków?

 

Henryk Gostomski - Tak, nie była prosta, stąd nigdy nie była nudna. Punkt A był przeciekawy, zgodny z moimi zainteresowaniami, które, z racji, że mieszkałem blisko lotniska wojskowego, powstały już w szkole podstawowej. Umiejętności nawigatora zdobyłem w Wyższej Szkole Oficerskiej. W efekcie znalazłem się w Centrum Szkolenia Lotniczego w Modlinie. Gdy zmieniłem mundur na ubrania cywilne, podjąłem pracę w Zakładzie Wychowawczym i studia na wydziale resocjalizacji. Na trasie do punktu B zatrzymałem się w Krakowie. Osiągnięcie wieku emerytalnego otworzyło mi drzwi do JUTW i orientalistyki, a ciekawość i szczęśliwy (jak się okazało) przypadek sprawił, że jestem słuchaczem teatrologii. A skoro teatrologia, to warsztaty teatralne i niewiarygodna możliwość wystąpienia na prawdziwej scenie.

 

2. Na fakultecie z teatrologii jest Pan w gronie kobiet. A potem wydarzyło się coś, czego chyba nie przewidziałby nawet Wyspiański: jako jedyny mężczyzna zagrał Pan z paniami w etiudzie Wyzwolenie, reżyserowanej przez Antoniego Milanceja, w Teatrze Słowackiego, w ramach Klubu Wyspiańskiego Silver. Jak Pan wspomina chwilę, gdy zamiast zasiąść na widowni, musiał Pan wejść na scenę i stanąć przed publicznością?

 

H.G.: Fakt, trafiłem na grono kobiet, o czym wcześniej nie miałem pojęcia. Dopiero na pierwszym spotkaniu to spostrzegłem. Na szczęście reżyserem okazał się również mężczyzna. To on sprawiał, że jako aktor, raz czułem się większy, a często mniejszy. Panie traktowały mnie jak równego sobie. Wyzwania związane z chęcią bycia autentycznym Kordianem i towarzyszące temu emocje, wyzwalały konieczność współpracy i skupienia się na osiągnięciu wspólnego celu. Poza poznaniem warsztatu pracy reżysera oraz emocji ewoluujących w grupie aktorów-amatorów, poznaliśmy, co znaczy „stres”. Im bliżej było występu przed publicznością, tym częściej zastanawiałem się, w co ja się wpakowałem. Ostatecznie wszystko poszło dobrze.

 

3. Teatr ma tę osobliwą właściwość, że na kilka godzin pozwala być kimś innym człowiekowi, który czasem właśnie wtedy odkrywa coś w sobie. Czego nauczył się Pan na scenie? I czy po tym doświadczeniu, inaczej patrzy Pan na ludzi, którzy każdego dnia odgrywają swoje role, choć nie mają ani scenografii, ani suflera?

 

H.G.: Bycie kimś innym, to ciekawe doświadczenie, ale trzeba uważać, by nie stracić kontaktu z samym sobą. Wychodząc z teatru znowu jestem człowiekiem, który do tego teatru wszedł. To, co w teatrze jest grą służącą określonemu celowi, na co dzień byłoby, czy jest udawaniem. Potrzeba osiągnięcia różnorakich celów sprawia, że można się w tym udawaniu pogubić. Codzienność często pokazuje, jak istotny jest brak suflera. W teatrze można powtórzyć, poprawić, a reżyser skoryguje błędy. W życiu tak się nie da. Na deskach teatru moje odgrywane wzruszenie okazało się momentami wzruszeniem autentycznym. I tu była refleksja: czy ja nie zabrnąłem za daleko? I moja konkluzja. Dziś inaczej patrzę na aktorów. Widzę, że ich gra to ciężka praca, a czasem prawdziwa harówka.

 

4. Jest Pan człowiekiem, który nie wygląda na zainteresowanego siedzeniem w jednym miejscu. Dziś studiuje Pan orientalistykę. Co takiego jest w poznawaniu kultur, języków i sposobów myślenia, że człowiek po doświadczeniach całego życia wciąż chce otwierać kolejne drzwi? I czy odkrywając inne światy, nie odkrywamy także siebie?

 

H.G.: Kiedyś, kiedyś, czytałem książkę E. Goffmana „Człowiek w teatrze życia codziennego”. W moim teatrze życia znalazł się jeszcze jeden teatr. Otóż w trakcie prób, moje grane emocje, w relacji z emocjami granymi przez partnerów sceny, mogą być i są modyfikowane przez reżysera. Poznawanie różnych kultur odbywało się nie tylko na wykładach z orientalistyki. Uczestniczyłem też w warsztatach archeologicznych. Grając, odkrywamy, jak wiele z tego, co dzieje się na scenie, czerpie z wcześniejszych przeżyć. A skoro mowa o niesiedzeniu w jednym miejscu, to Kraków jest moim siódmym miejscem zamieszkania.

 

5. Jest jeszcze jedna historia, która zaczyna się tam, gdzie kończy się zwykły przypadek. „Świeżak” nie powstałby bez Krzysztofa Jasińskiego, a jego początki sięgają legendarnych przedstawień Teatru STU pod namiotem. Co wydarzyło się wtedy pod tym namiotem i kiedy pojawiła się myśl: „A może naprawdę napiszę książkę”?

 

H.G.: W 1979 roku poznałem kolegę Leszka, mistrza sztuki walki taekwondo. Jest to sport olimpijski, który polega głównie na szybkich dynamicznych kopnięciach. Przyleciał z Kanady i nawiązał kontakt z Krzysztofem Jasińskim z zamiarem ustawiania scen walki w teatrze. Leszek prowadził zajęcia z taekwondo ze studentami szkoły teatralnej. Podwożąc mistrza walk na spotkanie, osobiście zetknąłem się ze znanym reżyserem. Był to kontakt bardzo epizodyczny. Niemniej, słysząc czym się zajmuję, napomknął o możliwości napisania czegoś na ten temat. Ziarno zostało zasiane i po latach niczym przetrwalnik wykiełkowało.

 

6. „Świeżak” opowiada o młodym człowieku, który znalazł się na zakręcie życia. Ale pod powierzchnią tej historii jest coś więcej: pytania o dorosłość, odpowiedzialność, relacje i możliwość zmiany. Czy chciał Pan opowiedzieć o młodym człowieku, czy o własnym doświadczeniu dorosłości?

 

H.G.: „Świeżak” to ksywka każdego wychowanka pierwszy raz przekraczającego progi ośrodka wychowawczego. Zależało mi na ukazaniu złożonej sytuacji młodego chłopaka, który raz po raz wypadał z życiowych zakrętów, aż w końcu trafił do ośrodka stworzonego przez dorosłych. Czy ośrodek potrafi pomóc świeżakowi i jego kolegom? Czy po wyjściu z ośrodka, jak to określali „na wolność”, potrafią się odnaleźć? Jest to po prostu jedna z historii stworzona z wielu przypadków. Chciałem ukazać fragment nieznanego świata młodych ludzi.

 

7. Mówi się czasem o młodym pokoleniu z miną człowieka, który właśnie odkrył, że świat się zmienił bez jego pozwolenia. Pan ma za sobą doświadczenie teatru, pracy, podróży i przede wszystkim własnego życia. Czego oba pokolenia mogą nauczyć się od siebie?

 

H.G.: Nie wiem, czy młodzi mają ochotę uczyć się od mojego pokolenia. Realia życia mojego pokolenia są często słabo znane, dla młodych wręcz niewiarygodne. Żyjemy w poczuciu braku możliwości zmieniania świata. Natomiast własne życie zmieniamy na tyle, na ile poznamy samego siebie. Od mojego pokolenia młodzi mogą uczyć się determinacji, odporności, wytrwałości w osiąganiu nie zawsze łatwych i dostępnych celów. Ja natomiast chętnie nauczyłbym się od nich tego balansu między życiem i pracą, szanowania własnego czasu. Moim zdaniem młodzi są otwarci na zmiany, potrafią zachować balans między wysiłkiem a odpoczynkiem.

 

8. I wreszcie JUTW. Rozpoczynamy jubileuszowy, 45. rok istnienia naszego UTW. To piękny wiek dla instytucji poświęconej temu, co nie zna wieku: ciekawości. Co, Pana zdaniem, Jagielloński Uniwersytet Trzeciego Wieku zmienia w życiu swoich studentów? I odwrotnie, co przez te lata studenci JUTW wnieśli do UJ?

 

H.G.: Z krwi i kości jestem Pomorzakiem. Pochodzę ze świata, gdzie wychodzimy na dwór. Od dwudziestu lat wychodzę na pole. Często ktoś stwierdza, „oj, pan chyba nie stąd”, gdy na przykład mówię, że dzisiaj zimno na dworze. Bezpośrednio z JUTW zetknąłem się cztery lata temu. Mile zdziwiła mnie szeroka oferta skierowana do seniorów i nie ukrywam, przystępne opłaty tam, gdzie są konieczne. Seniorzy mogą rozwijać się w kierunkach, na które kiedyś nie mieli czasu. Wreszcie jest możliwość rozwijania nowych zainteresowań, jak w moim przypadku teatrologii. Różnorodność ofert zadowoli każdego. I najważniejsze, w Krakowie JUTW ewidentnie pobudza aktywność. Serce rośnie, gdy widzę seniorów cały tydzień ganiających z jednych zajęć na kolejne. Chociaż już pamięć nie zawsze nadąża za realizacją kolejnych ofert. Do JUTW wnosimy determinację do osiągnięcia celów, aktywność często w mało znanych obszarach, no i pogodę ducha. Młodzi, uczcie się od nas.

 

9. Gdyby miał Pan przekonać kogoś, kto mówi: „Na naukę, teatr, nowy język czy napisanie książki jest już dla mnie za późno”, co by mu Pan odpowiedział?

 

H.G.: Najpierw spróbuj, a potem porozmawiamy. Dopiero wtedy przekonasz się, czy rzeczywiście jest za późno. Możesz chwycić kilka srok za ogon, część odleci, ale te, które zostaną, będą twoją wygraną. Bo w życiu tak naprawdę nigdy nie jest za późno, by zacząć.

 

Foto. Magdalena Karlikowska-Pąsiek